czwartek, 23 stycznia 2014

14. O Boże! Musimy się rozdziewiczyć! I to już!



Vanessa


    Spojrzałam jeszcze raz na wyświetlacz telefonu i przeszłam spokojnie koło kolejnego auta. Shay chciała koniecznie coś spektakularnego. Zwłaszcza, że nie za naszą kasę, więc co będziemy oszczędzać… Liczyłam, że może Ethan zadzwoni, ale on ani słowem nie odezwał się. Nagrałam mu tysiące wiadomości na sekretarce informując gdzie wyjechałam i kiedy mniej więcej wrócę, ale on nawet nie raczył odpowiedzieć. Sukinsyn.
   -Ten jest świetny. Nessa? Co ty na to?- rozbrzmiał głos mojej przyjaciółki. Spojrzałam na nią z szerokim uśmiechem na twarzy, które przybierałam od wylotu do LA  i przytaknęłam.
   -W takim razie bierzmy. Wygląda naprawdę porządnie.- uśmiechnęłam się do sprzedawcy, który po chwili znikł by przynieść nam papiery do podpisania.- W sam raz by uchronić nas przed kulami policji i konkurencji…- dodałam kiedy mężczyzna znikł za rogiem. Shay wykręciła oczyma opierając się przy tym o ciemne auto marki audi. Niezłe cacko. Nie ma co, tylko zdecydowanie nie ma moją kieszeń.
  -Daj spokój co? Załatwimy to szybko i po sprawie. Obiecuję, że po wszystkim pojedziemy na plażę do Miami i będziesz mogła się powygrzewać w słoneczku.- szatynka uśmiechnęła się do mnie uroczo. Teraz to ja ostentacyjnie wywróciłam oczami.
   -Skoro tak  to możemy brać się za nielegalną robotę. Plaża wynagradza wszystko.- zaśmiałam się pod nosem kiedy przyjaciółka podpisywała ostatnią kartkę. Zasiadłam po stronie pasażera i zasunęłam przyciemnianą, boczną szybę.
   -Miłej drogi!- krzyczał za nami sprzedawca. Boże… Jaki on był nie świadomy do czego to auto nam potrzebne.


***


    -Niedobrze mi…- wyszeptałam czując jak wchodzimy w ostry zakręt z prędkością prawie stu trzydziestu kilometrów na godzinę. Nie uzyskałam jednak żadnej odpowiedzi. Shay mknęła przed siebie wciąż wpatrując się w drogę. Czułam się jakby kompletnie mnie olewała. I choć wiedziałam, że tak nie jest to czułam się okropnie samotna.- Gdyby rodzice dowiedzieli się co ja robię… Nie miała bym życia.- wyszeptałam uderzając o siebie moimi butami. Zero reakcji. Jakbym gadała do słupa. – Swoją drogą to spałam z Seanem. Nie żeby coś…- powiedziałam podpierając głowę na zagłówku.
   -Co mówisz?- spytała przyjaciółka wyrwana nagle z głębokich rozmyślań. Czyżby to imię Sean tak na nią zadziałało?
   -Mówię tylko, że spałam z Seanem, a tak to nic… Wszystko w porządku.- uśmiechnęłam się głupkowato do Shay na co ta wybuchła śmiechem.
  -No… A ja z Ethanem.- powiedziała jeszcze głośniej się śmiejąc. Zabolało mnie to. Uważała Ethana za kogoś gorszego? Niższej kategorii?
   -Co to miało znaczyć?- spytałam mrużąc przy tym oczy. Nie wiem tak naprawdę co spowodowało we mnie tak nagłą zmianę nastawienia, ale czułam się urażona. Jakby teraz obok mnie siedział Ethan i mówił mi bym nie dała go obrażać.
   -Przecież to prawiczek jak się patrzy. Pewnie jeszcze nigdy się nie zakochał, a dodatkowo nazwał swojego małego. Przecież to takie dziecinne i chore.- parsknęła Shay. Nie odpowiedziałam. Wyjęłam z kieszeni jedynie telefon by upewnić się, że może przypadkiem nie usłyszałam dzwonka telefonu.
    -Shay… Wiesz, że jestem dziewicą?- powiedziałam opierając głowę o szybę.
    -No co ty?! O Boże! Musimy się rozdziewiczyć! I to już!- krzyknęłam moja przyjaciółka jeszcze głośniej się przy tym śmiejąc. Czułam, że rozmowa zeszła na zły tor. Nigdy nie dyskutowałam z Shay na tematy łóżkowe. Głownie dlatego, że miałyśmy dwie różne definicje słowa ,,miłość’’. Dla niej to tylko puste słowa, a ja marzyłam by kiedyś zakochać się tak naprawdę. W chłopaku, który byłbym niebezpieczny, przystojny, a do tego inteligentny i zabawny. By spędzić z nim resztę życia i umrzeć trzymając go za rękę. Shay za to lubiła się bawić. I tak naprawdę do była główna jej zaleta. Zaczęłam się z nią przyjaźnić kiedy chciałam zrobić rodzicom na złość, a wyszło jak wyszło.
    -Shay…- wyszeptałam patrząc na przyjaciółkę, która właśnie zatrzymała samochód przed jakimś brudnym i obskurnym budynkiem. Szatynka spojrzała na mnie pytająco.- Nie ważne… Idziemy?- spytałam patrząc przed siebie.
   -Im szybciej tym lepiej.- dziewczyna posłała mi lekki uśmiech po czym obie wygramoliłyśmy się z samochodu. Szłyśmy w miarę szybko, by upewnić się, że jesteśmy same. Shay ostrożnie nacisnęła na przycisk domofonu i czekała. Po kilkunastu sekundach wydobył się oschły i zimny głos. Zapewne Carlosa. – Przyjechałam po dziewkę z lochu numer trzydzieści dwa.- uniosłam jedną brew patrząc na przyjaciółkę jak na idiotkę, ale ta tylko wzruszyła ramionami.
   -Wjedź za blok tam jest garaż. Trafisz na pewno…- wykręciłam oczami. Po co te wszystkie gierki? Nie łatwiej wejść, wziąć, przewieźć i skończyć z tym cholerstwem? Przyjaciółka dała mi kuksańca z bok po czym wjechałyśmy autem na tyły domu.
   -Cóż za piękna okolica…- bąknęłam zirytowana. Nagle ktoś zaszedł mnie od tyłu i tuż koło mojego ucha rozległo się ciche ,,Bu!’’ Przerażona podskoczyłam i wpadłam na Shay.
   -Witam piękne. Jak się panienki mają po jakże długiej podróży?- rozejrzałam się w koło. Nie miałam najmniejszej ochoty uczestniczyć w tym całym cyrku. Chciałam wrócić do domu, nawet do mojej chorej rodzinki, której tak nie znosiłam. To się nazywa ironia losu. Uciekłam od nich żeby potem wrócić.  Nie wiem ile czasu spędziłam na krążeniu w koło auta i oglądaniu zapuszczonych garaży. Carlos pakował coś do bagażnika samochodu, a Shay oglądała swoje paznokcie szukając czegoś co mogła by uznać za swoja wadę. Była piękna i zgrabnie to wykorzystywała, ale Sean… To było coś innego. Widać było, że nawet ona czuje coś innego niż zazwyczaj w stosunku do facetów. Zawsze patrzyła na nich jak na coś co można zużyć i wyrzucić. Teraz było inaczej. Nawet głupi by to zauważył.
   -Gotowe.- przeniosłam wzrok na szatyna, który miał wytatuowane całe ręce i obojczyk. Wyglądał jak groźny gangster, a patrzył na nas jak na zwykłe, tanie dziwki. Pieprzony dupek.
   -Super. Możemy się stąd zabierać?- spytałam patrząc w stronę podjazdu. Nagle z domofonu do którego głośniki stały również na podwórzu, co w tym zawodzie było chyba normalnością, rozległ się czyjś głos. Shay siedziała już za kierownicą i odpaliła auto co nie pozwoliło mi na dokładne usłyszenie głosu.
   -Mamy problem! Carlos! Ruszaj dupę! Klient czeka!- w momencie kiedy miałam już wsiadać do auta poczułam dziwny przestrach. Znałam ten głos… Nawet zbyt dobrze.
   Carlos wepchnął mnie do wnętrza pojazdu po czym zamknął drzwiczki.
   -Miłej jazdy panienki.- wychrypiał salutując mi i uśmiechając się jak do przyjaciela. To było dziwne, ale zanim zdążyłam zaprotestować Shay ruszyła z podjazdu. Oparłam głowę o podgłówek przymykając powieki. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że to mógł być on. Ethan. Mój Ethan miałby maczać palce w tym świństwie?  To musiała być pomyłka… Po za tym auto głośno pracowało, mogło zagłuszyć prawdziwy głos chłopaka, a ja źle go usłyszałam. Na pewno… Przecież szatyn jest w innym mieście. Czeka aż wrócę, a to że nie odbiera telefonów to tylko jego złość. Na pewno niedługo mu przejdzie i zadzwoni.
   -Odbierzesz w końcu?- spytała przyjaciółka wyrywając mnie z zamyślenia. Spojrzałam na nią zaskoczona a po chwili na telefon w mojej dłoni. Wibrował i wydawał z siebie dźwięk zwiastujący, że ktoś stara się ze mną skontaktować. Ostrożnie nacisnęłam na zieloną słuchawkę.
   -Halo?- starałam się opanować drżenie głosu, ale najwidoczniej mi się to nie udało, bo Shay spojrzała na mnie z przestrachem.
   -Hej piękna! Przepraszam, że nie oddzwaniałem tak długo. Nie miałem zbytnio czasu. Jak tam wasza akcja? Wszystko dobrze?- uśmiechnęłam się do przyjaciółki na znak, że wszystko okey.
   -To ja przepraszam… Za to w kawiarni. Obiecuję, że…- zawahałam się. Czemu nie umiałam powiedzieć tego, co jeszcze przed momentem cisnęło mi się na usta? Dlaczego zwątpiła?
   -Wiem. Czekam na ciebie. I zawsze będę. Pamiętaj o tym.- uśmiechnęłam się pod nosem. To był mój kochany Ethan, a nie ten głos który słyszałam w domofonie. Jak mogłam choć przez chwilę sądzić, że on jest zły? Ktoś taki jak on nie mógł być w szajce Carlosa czy Jamesa. To by się nie trzymało kupy.
  -Kocham cię Ethan.- powiedziałam. Shay spojrzała na mnie z rozdziawionymi ustami. – Patrz na drogę.!- warknęłam zasłaniając mikrofon telefonu.
   -Ja ciebie też.-odezwał się chłopak po drugiej stronie. 


___
Od Akwamaryn: Powiem wam, że pisałam go trochę bez weny. Może to przez brak czasu mam takie odczucia, bo w sumie podoba mi się. Nie miałam pojęcia jak zacząć, potem pomysł nagle zrodził się w mojej głowie, a potem utknęłam w martwym punkcie i była potrzebna pomoc Jemi, ale udało się. Napisałam i jest! 

sobota, 11 stycznia 2014

13. Nie masz serca.

Shay

            Ścisnęłam mocniej dwa prostokątne kawałki papieru w mojej dłoni i wzięłam głęboki wdech. Patrzyłam w ciszy na płytę lotniska. Słońce delikatnie lizało swoimi promieniami asfalt i śnieżnobiałe samoloty. Przerzuciłam wzrok na bilety. Miałyśmy się dostać do Los Angeles. Tam przenocować i kupić samochód, którym miałyśmy podążyć do San Diego. W San Diego naszym zadaniem było poszukać niejakiego Carlosa. Carlos był zaufanym człowiekiem Jamesa. Jest również jego dostawcą. To on miał nam przekazać kokainę. James z całym przekonaniem poinformował mnie, że będzie ona dobrze ukryta i na granicy podczas której czeka nas mała rewizja kompletnie nic się nie wydarzy. Kolejnego dnia wyjedziemy z San Diego, a naszym zadaniem będzie przekroczenie granicy oraz dojazd do Tijuana. Nocą musimy przekazać towar i gdy tylko opuścimy Meksyk nasz koszmar się skończy.
Przynajmniej tak wyglądał nasz plan. Westchnęłam.
Odwróciłam się i rozejrzałam za przyjaciółką. Vanessa znajdowała się w sklepie znajdującym się na lotnisku. Oglądała kolorowe czasopisma. Co prawda lot miał trwać tylko dwie godziny ale Van stwierdziła, że chce po korzystać jeszcze trochę z życia zanim zastrzeli ją jakiś handlarz prochami.
Ponownie zwróciłam się w stronę ogromnej szklanej ściany aby móc popatrzeć na odlatujące samoloty i wtedy moim oczom ukazała się wysoka postać.
Momentalnie zamarłam.
Nie chciałam patrzeć w te piękne zielone oczy. Nie byłam gotowa aby zerknąć na tą zabójczo przystojną twarz.
   -Co ty tu robisz?- zapytałam podnosząc się z metalowego krzesełka. Poczułam dotyk na swoim policzku.  Chłopak delikatnie ale stanowczo odwrócił moją twarz ku swojej.
   -Zjesz ze mną tylko śniadanie?- na mojej twarzy mimowolnie pojawił się uśmiech. Spojrzałam w zielone tęczówki chłopaka i wyciągnęłam do niego rękę. Złapał za nią aby po chwili mnie do siebie przyciągnąć i zamknąć w uścisku.
I wtedy nagle wszelkie troski odeszły, a ja poczułam, że w jego ramionach nic mi nie grozi.
   -Umieram z głodu.- odparłam niechętnie się od niego odsuwając.
           Wzięłam łyczka kawy, a po moim wnętrzu rozlało się przyjemne ciepło. Sean czule się do mnie uśmiechnął. Odwzajemniłam gest.
   -Cieszę się, że jesteś cała.- mruknął chłopak. Zmarszczyłam brwi. Przecież nie miałam z nim kontaktu, skąd od mógł wiedzieć. Szatyn widząc moje zdziwienie dodał.- Przez przypadek wpadliśmy na siebie z Ethanem i zamieniliśmy kilka słów. Powiedział mi, że dziś wylatujecie.
Zamarłam. Ethan wyszedł już z baru gdy poinformowałam o tym Vanesse. W takim razie mógł się dowiedzieć tylko w jeden sposób.
   -Ma za długi jęzor.
   -Chciałem cię zobaczyć.- spojrzałam w oczy chłopaka. Ziała z nich niesamowita szczerość.
   -Dlaczego?- zapytałam wykorzystując ten moment.
   -Nie mam pojęcia.
   -Za czterdzieści minut mój samolot startuje, wiesz?- mruknęłam mieszając plastikowym widelcem w sałatce.
   -Nasz.
Moje oczy gwałtownie się powiększyły.
   -Sean, co to ma znaczyć?- chłopak z pełną powagą patrzył na moje ruchy.
   -Że lecę do miasta aniołów aby móc spędzić z jednym z nich choć jeden wieczór.- już miałam otworzyć usta i przypomnieć mu zasady naszej znajomości. Główną był po prostu brak zobowiązań.- Wiem co chcesz w tym momencie powiedzieć Shay. Tamtego ranka ustaliliśmy pewne zasady i mam zamiar się ich trzymać ale oboje wiemy, że czegoś nam brakuje. Nie pojadę za tobą dalej, chyba, że o to poprosisz. Jedna noc.
Poczułam na ciele przyjemny dreszcz.


***


        Vanessa przerzuciła stronę kolorowego magazynu po raz trzeci. Była zniecierpliwiona. Nagle po prostu go zamknęła i złapała mnie za rękę.
   -Sean?- zapytała cicho nie będąc pewna w jakim miejscu siedzi chłopak. Byłam pewna, że nie może nas usłyszeć siedział na samym końcu, a my na początku. Jednak nie miałam zamiaru wyprowadzać przyjaciółki z błędu.
   -Zostanie w LA. Nie pozwolę mu pojechać za nami dalej, to zbyt niebezpieczne.- mruknęłam. Dziewczyna przewróciłam oczyma.
   -Dobrze wiesz o co mi chodzi… Leci za tobą aż do Los Angeles. To już coś oznacza.- szepnęła podekscytowana. Vanessa zawsze się tak zachowywała gdy łączyło mnie z jakimś facetem coś więcej niż przelotny romans. Była romantyczką. Wierzyła w miłość, ja nie.
   -Tak, że chce mnie zerżnąć.- odparłam. Sekundę później dostałam po głowie.- Za co?
   -Nie masz serca.- skwitowała dziewczyna. Głośno się zaśmiałam.
   -Mam. Przecież kocham twoje czekoladowe babeczki.- powiedziałam z głupim uśmiechem. Vanessa mimowolnie wybuchła radosnym śmiechem. Nagle sobie zdałam sprawę, że bardzo mi brakowało od dłuższego czasu takich chwil.


***


          Kiedy tylko wściekle żółta taksówka zatrzymała się pod sporym hotelem natychmiast wszyscy z niej wyszliśmy. Mieliśmy już dość siedzenia i biegania po sklepach. W wybuchu pociągu straciłyśmy z Van wszystkie ubrania. Sean zgodził się nam towarzyszyć w zakupach, czego później wyraźnie żałował. Jednak cierpliwie na nas czekał pod każdym sklepem i pomagał w noszeniu toreb. Vanessa ciągle marudziła, że chce w końcu odpocząć. Przez cały czas nawijała o gorącej kąpieli, nakładaniu balsamów i śnie. Ja i Sean chcieliśmy się sobą po prostu nacieszyć.
Byłam pewna, że nie jest mi on obojętny. Niesamowicie mnie pociągał fizycznie ale była też w nim pewna tajemnica, którą chciałam odkryć.
Sean szybko załatwił sprawę przy recepcji i już po chwili wchodziliśmy do naszych pokoi. Jego znajdował się na piętrze wyżej. Vanessa nawet nie zauważyła gdy przystanęliśmy na schodach.
   -Bądź gotowa za cztery godziny.- mruknął z tajemniczym uśmiechem.
   -Ale gdzie pójdziemy? Nie wiem jak powinnam się ubrać.
   -Pójdziemy na kolację. Nigdy jej jeszcze razem nie jedliśmy.- stwierdził i pocałował mnie w usta. Walczyłam z chęcią rzucenia się na niego i wzięcia na miejscu. Każdy jego ruch sprawiał, że płonęłam.


***


      Wyszłam z łazienki a Vanessa zapiszczała na mój widok.
   -Shay, jesteś za ładna, wyjdź.- głośno się zaśmiałam. Nessi tak jak obiecywała przez cały dzień siedziała w nowej piżamce i mokrych włosach nakładając na siebie tony balsamów.
Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Czerwona sukienka podkreślała moją talie i eksponowała biust ale jednocześnie była bardzo elegancka. Sięgała przed kolana ukazując moje nogi.
Ostatnio dużo przeszłam. Cudem uniknęłam śmierci, a moje życie przez pewien czas zamieniło się w ucieczkę. Potrzebowałam dzisiejszego wieczoru. Chciałam czuć się piękna. Pragnęłam dotyku, pieszczot i ciepłych słów.
   -Baw się dobrze.- powiedziała brunetka.-…i pamiętaj, że wyjeżdżamy o trzynastej.
Przytaknęłam dziewczynie. Zachowywała się jak moja matka, a ja czułam się jakby to była moja pierwsza randka.
            Sean dotknął delikatnie mojego policzka aby po chwili pogładzić moją szyję. Miał przyjemnie ciepłe i szorstkie dłonie. Przymknęłam powieki. Pragnęłam aby nie przestawał. Szybko jednak się opanowałam. Napiłam się czerwonego wina i po raz kolejny zerknęłam na chłopaka. Wyglądał wspaniale w garniturze. Chciałam spędzić tę noc w jego ramionach.
   -Wracajmy, zostało nam już tak niewiele czasu.- powiedziałam, a on natychmiast wezwał kelnera.


***


         Moje ciało po raz kolejny wygięło się w łuk, a z moich ust wyrwał się zduszony jęk. Na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Zsunęłam się z szatyna i położyłam na jego torsie. Jeszcze przez chwilę głośno oddychaliśmy.
   -Jesteś najlepszy…- mruknęłam całując jego szyję. Mocno mnie do siebie przytulił.
   -Chcesz przekonać się o tym jeszcze raz?- gdy już chciałam zaprotestować i poprosić go o chwilkę odpoczynku gwałtownie we mnie wszedł. Po raz kolejny sprawiając, że znalazłam się w niebie.
   -Nie przestawaj…-szepnęłam.
   -Nigdy…


_____
Od Jemi: Rozdział pisało mi się niezwykle lekko i szybko :)

niedziela, 5 stycznia 2014

12.Odpierdol się od mojej przyjaciółki kutasie.



Vanessa

-Czekałem na ciebie…- przede mną stała zakapturzona postać, której zniekształcony głos roznosił się echem po całej mojej głowie. Znajdowaliśmy się w pociągu, który niecałe dwadzieścia cztery godziny temu wyleciał w powietrze i to przez tego popaprańca Jamesa. Kiedy chłopak odwrócił się w moją stronę i spojrzał na mój brzuch zamknęłam oczy. Czułam jak przepełnia mnie fala ciepła. Powoli rozchyliłam powieki i ujrzałam wybrzuszenie pod moją koszulą nocną. Odstający brzuch tak mnie przeraził, że mój oddech momentalnie przyśpieszył. Kiedy uniosłam wzrok nieco wyżej zobaczyłam śnieżnobiały uśmiech Ethana.Po zrzuceniu kaptura chłopak otworzył mi drzwi, którymi miałam opuścić pociąg.
  -Czemu tu jesteśmy?- spytałam patrząc za siebie całkowicie ignorując to jak wygląda moje ciało.
  -Jestem cały czas przy tobie. Jedno twoje słowo, a już zawsze...

     Poderwałam się zalana potem do pozycji siedzącej i odruchowo dotknęłam swojego brzucha. Jednak zamiast dziecka w nim zastałam jedynie ranę po cięciu nożem. Odetchnęłam z ulgą i powoli wstałam z miejsca. To był tylko zły sen, a ja nie mogę być w ciąży. W końcu nie jestem wiatropylna. Nie spałam z Ethanem. To tylko zły sen.
   Mimo wszystko jednak po wybudzeniu wybrałam numer chłopaka. Musiałam się upewnić, że nic mu nie jest i, że to nie on był w pociągu. Nie wybaczyłabym sobie gdyby przeze mnie coś mu się stało.  Po trzech sygnałach usłyszałam w słuchawce spokojny i opanowany głos chłopaka.
   -Hej kocie. Jak tam podróż marzeń?- z niewiadomych mi przyczyn rozpłakałam się jak małe dziecko. Usiadłam na łóżku zakrywając dłonią usta by stłumić szloch. –Van? Co się dzieje?- jego głos nagle stał się bardziej ochrypły i zimny. Pokręciłam głową chcąc choć na chwilę powstrzymać napływające mi do oczu łzy.
   -Byłeś tam? To byłeś ty w pociągu? Proszę cię. Powiedz, że nie…- mój łamiący się głos sprawił, że po drugiej stronie telefonu zapadła grobowa cisza.
   -Nie mógłbym się zostawić Vanessa…- cicho załkałam słysząc jego słowa. To on.
   -Nic ci nie jest? Jesteś cały? Gdzie jesteś?- pytania wylewały się ze mnie potokami. Otarłam policzki mokre od łez po czym wzięłam do ręki kartkę leżącą na moim stoliku nocnym. Cicho zaklęłam czytając treść wiadomości, jaką zostawiła mi przyjaciółka.
  -Wszystko okey. Wyszedłem zaraz za tobą. A ty? Dobrze się czujesz? Próbowałem cię znaleźć, ale w tym tłumie jakoś nie mogłem. Myślałem, że Shay powiedziała ci, że cię szukałem.- zamarłam.
   -Ona wiedziała o tobie?-nie czekając na odpowiedź dodałam.- Nie ważne już… Mogłam się tego spodziewać. Gdzie jesteś? Musimy się spotkać.- powiedziałam. Po ustaleniu miejsca spotkania i rozłączeniu się spojrzałam ostatni raz na kartkę od szatynki.
              ,,Muszę coś załatwić. Wrócę najszybciej jak się da.
              PS. Ethan cię szukał.’’

Ciekawe jakie to sprawy ma do załatwienia Shay. Na pewno nic legalnego.


***


     Przechodziłam z nogi na nogę stojąc na przystanku autobusowym. Było mi cholernie zimno, bo mimo pory roku padał deszcz i wyglądałam jak zmokła kura. Bałam się, że Shay zrobi coś strasznego, ale nawet nie wiedziałam gdzie rozpocząć poszukiwania.
   Kiedy tylko stanął przede mną srebrny mercedes od razu do niego wsiadłam. Za kierownicą siedział Ethan. Jego ciemne włosy, były całe mokre od deszczu na którym zapewne przed momentem przebywał, na twarzy miał kilkudniowy zarost, który tylko dodawał mu męskości, a błękitne oczy uśmiechały się do mnie przyjemnie.
   -Witaj piękna.- pamiętam kiedy pierwszy raz do mnie powiedział i pamiętam doskonale naszą sprzeczkę z tamtego dnia kiedy to tak zachwalał swojego kolegę.
   -Boże… Ale leje. Myślałam, że już…- nie zdążyłam dokończyć, bo szatyn gwałtownie ujął moją twarz w dłonie i złożył na moich ustach delikatny pocałunek. Zachichotałam cicho kiedy jego usta przeniosły się na moją szyję.- Starczy, starczy kochasiu… Lepiej ruszajmy- powiedziałam odsuwając się od Ethana. Chłopak uśmiechnął się tylko cwaniacko po czym ruszył.
   -A tak w ogóle to gdzie jedziemy?- spytał przemierzając kolejne zakręty.
   -Sama nie wiem…- wyszeptałam po czym wybrałam numer Shay i zadzwoniłam. O dziwo odebrała i jeszcze dodatkowo powiedziała mi gdzie jest. Oczywiście mogło okazać się to tylko blefem by spuścić mnie na drzewo, ale czemu miałam nie zaryzykować?
   -Okey. Zaraz tam będę.- powiedziałam i nim dziewczyna zdążyła zaprotestować zakończyłam połączenie.
   -Bar na rogu. O tutaj!- krzyknęłam widząc za jednym z okien Shay i Jamesa. Ten sukinsyn sprawiał, że miałam ochotę mu przywalić.- I co? Wejdziemy tak po prostu do środka?- spytałam ironicznie kiedy szliśmy z Ethanem w stronę wejścia do budynku.
   -A czemu nie? To miejsce publiczne. Chyba mamy prawo.- powiedział łapiąc mnie za rękę i ciągnąć do środka.  W pomieszczeniu unosił się nieprzyjemny dym nikotynowy i odór alkoholu sprzedawanego przy barze. Oboje usiedliśmy przy jednym z stolików niedaleko Shay i Jamesa.- A teraz mów. Co to za gość i czego od was chce?- nie byłam zbyt zadowolona pomysłem wyznania całej prawdy i to teraz kiedy mogłam go narazić, ale musiałam się komuś wyżalić i w końcu wyrzucić to z siebie.
  -Dobra… A więc tak. Shay zawsze miała lepkie palce toteż kiedy nadarzyła się okazja zaczerpnęła u tego gościa sporą sumkę pieniędzy byśmy mogły wyjechać na wakacje.- wzięłam głębszy wdech widząc jak mężczyzna przy stoliku przed nami nachyla się bliżej Shay by powiedzieć jej coś w tajemnicy.- Okazało się jedna, że jest haczyk o którym nie wiedziałam. Shay ma przewieźć kilka kilogramów prochów przez granicę.- zakończyłam monolog. Odruchowo w momencie kiedy James odwrócił się w naszą stronę by zawołać o rachunek przyssałam się wręcz do Ethana by tylko zakrył mi twarz.
   Mina szatyna była bezcenna. Udało mi się jednak zmusić go do odwzajemnienia pocałunku. Oderwaliśmy się od siebie dopiero kiedy James opuścił lokal, a przy naszym stoliku ktoś stanął i zaczął głośno kaszleć.
  -No, no, no… Uroczo. Odpierdol się od mojej przyjaciółki kutasie.- warknęła Shay dając Ethanowi z liścia w twarz.
   -Shay! Uspokój się! Zrobiłam to by James mnie zobaczył. On nie ma z tym nic wspólnego.- bąknęłam chwytając przyjaciółkę za rękę.
   -Tak. Udawajmy, że mnie nienawidzisz. No powiedz jej w końcu! Na co czekasz?! Aż zaczniemy się pieprzyć?- spytał z rozbawieniem na twarzy.
   -Ethan!- warknęłam wściekła. Nie ma to jak kłótnia w barze pełnym rozpalonych i niewyżytych seksualnie debili. Jeszcze na tematy łóżkowe. Zajebiście…
  -Nie mów mi, że z nim spałaś?! Mówiłam ci, że nie jesteś mu nic winna!- przeraziła się Shay łapiąc mnie za ręce i patrząc mi prosto w oczy. Czułam się jak pod ostrzałem, a przecież nic złego nie zrobiłam.
   -Co ty! Nigdy! Lepiej mi powiedz czego chciał ten kretyn od ciebie?- zmieniłam temat wyswobadzając się z chwytu szatynki i patrząc przepraszająco na Ethana, który z obojętnością na twarzy opuszczał powoli bar.- Ethan…- wyszeptałam widząc jak znika w tłumie ludzi.
  -Daj sobie z nim spokój. To jakiś świrus. Wszystko opowiem ci w drodze na lotnisko.- spojrzałam zaskoczona na przyjaciółkę. Jakie do cholery lotnisko?!

  ____

 Od Akwamaryn: Nie spodziewałam się, że napiszę go aż tak szybko. Znowu wracam do moich nawyków i piszę rozdziały od razu w dniu publikacji poprzedniego:) Mam nadzieję, że wam się podoba, bo mi samej nawet tak. 

sobota, 28 grudnia 2013

11. I co teraz?

Shay 


Kiedy tylko usłyszałam ,że Vanessa wychodzi z przedziału otworzyłam oczy. Gwałtownie zrzuciłam z nóg cienki koc i zsunęłam się ze swojej kozetki. Wyjrzałam przez okno. Było kompletnie ciemno. Szybko sięgnęłam po swój telefon. Dokładnie w tym samym momencie zaczął on cichutko wibrować. Na ekranie pojawił się zastrzeżony numer. Przełknęłam głośno ślinę i nacisnęłam zieloną słuchawkę.
   -Oj Shay, Shay. Naprawdę jesteś taka głupia? Myślisz, że tak łatwo się mnie pozbyć?- Głos Jamesa był bardziej cyniczny i drażniący uszy niż zwykle. Nagle stał się dużo bardziej chrapliwy.- Dostajesz ostatnie ostrzeżenie. Niestety zginie przez ciebie mnóstwo ludzi ale wierzę, że nauczysz się iż mi się nie odmawia. Mam nadzieję, że potrafisz szybko biegać.
Usłyszałam dwa długie sygnały. Nagle pociąg gwałtownie się zatrzymał.
Bez chwili zawahania szybko wzięłam swoją torebkę i wybiegłam z przedziału. Na korytarzu panowało niesamowite zamieszanie.
   -Vanessa!- Krzyknęłam z całych sił starając się przebrnąć przez tłum ludzi pchających się do wyjść.
   -Co ty robisz! Uciekaj! Pociąg zaraz wybuchnie!- Krzyknął jakiś mężczyzna siłą wypychając mnie na zewnątrz pojazdu. Zamarłam.
Nie… ona nie może zginąć. Nie przeze mnie!
Zaczęłam krzyczeć, drapać i kopać wszystkich, którzy stali mi na drodze, tylko po to aby móc odnaleźć Nessę. Musiałam ją ostrzec. Ona nic nie wiedziała. Nie miała o niczym pojęcia.
Jednak na niewiele się to zdało. Tłum ratujących się ludzi siłą wypchnął mnie z pojazdu. Upadłam na ziemię. Poczułam jak ktoś uderza mnie w głowę, a potem nie czułam już kompletnie nic.


***   


Poczułam zapach płynu jaśminowego, był niesamowicie ostry. Zmarszczyłam nos.
   -Co za smród…- Jęknęłam. Usłyszałam nad sobą cichy śmiech.
   -Jesteś szalenie miła.
Podniosłam z trudem ciężkie powieki. Moim oczom ukazała się całkiem ładna szatynka o ciepłym uśmiechu. Miała krótkie włosy, które postawiła na żel. Zanim ponownie zemdlałam zdążyłam również zauważyć, że ma kolczyk w nosie.
Gwałtownie się podniosłam do pozycji siedzącej.
   -Gdzie Vanessa!- Krzyknęłam próbując wstać. Dziewczyna szybko mnie powstrzymała.
   -Leż spokojnie bo znowu zemdlejesz.- Powiedziała idealnie wykrojonymi ustami.
   -Gdzie ja jestem?
   -Ciągle na stacji kolejowej. Pociąg którym podróżowałyśmy wybuchł. Kilku strażaków pomogło mi cię wydostać spod resztek pozostałych z pociągu. Jestem pielęgniarką. Ciągle szukają żywych, karetki nie nadążają z przyjazdem, sanitariuszy jest za mało. Staram się pomóc. Opiekuje się tobą i tym dzieckiem.
Spojrzałam na niewielkiego chłopca leżącego kawałek dalej na kocu strażackim.
Mocniej zacisnęłam zęby.
   -Jestem ci wdzięczna za pomoc ale muszę iść. Gdzie moja torebka?- Zapytałam. Dziewczyna z niedowierzaniem patrzyła wprost w moje oczy.
   -Nie możesz iść, potrzebujesz opieki lekarskiej.- Wściekle na nią spojrzałam.
   -Nie mam wyboru! Rozumiesz do jasnej cholery?! Muszę zniknąć, jak najszybciej! Gdzie ta pieprzona torebka?!- Ryknęłam na nią. Wyjęła spod ławki moją torebkę i rzuciła nią w moją stronę.
Gdy ją tylko złapałam odwróciłam się i ruszyłam przed siebie.


***   


Podeszłam na kolejnej grupy sanitariuszy.
   -Przepraszam, widzieliście może niewysoką brunetkę…- Nagle przerwałam. Dokładniej się przyjrzałam postaci siedzącej na schodach kilka kroków ode mnie.
   -Ness.- Powiedziałam głośno. Brunetka podniosła głowę do góry.
   -Shay?!- Krzyknęła. Natychmiast podbiegłam do przyjaciółki i zamknęłam ją w niedźwiedzim uścisku.
   -Szukam cię od godziny, byłam już pewna, że ty…-Mruknęłam do dziewczyny całując ją w czubek głowy.
   -Shay, ty krwawisz...- Jęknęła Vanessa po tym jak dokładnie mi się przyjrzała. Machnęłam na to ręką.
   -Nie mamy czasu na takie głupstwa. Musimy się stąd wynosić. Teraz.- Powiedziałam podniesionym głosem. Dziewczyna patrzyła na mnie z szokiem.
   -Ale po co?! I gdzie?!
   -Jak najdalej. Resztę ci opowiem po drodze.


***   


Spojrzałam na wściekłą twarz przyjaciółki. Głośno westchnęłam i po raz kolejny podłożyłam mokrą bluzkę pod suszarkę. Dokładnie czesała swoje włosy. Po raz kolejny ktoś zadudnił do łazienki.
   -Mówiłam, że zajęte!- Pukania ustały.- Cholera jasna…-Syknęłam. Podeszłam do drzwi i upewniłam się czy są dobrze zamknięte.
Vanessa nieprzerwanie czesała swoje włosy, w ciszy. Założyłam na siebie dopiero co przepraną w zimnej wodzie bluzkę.
Znajdowałyśmy się na stacji benzynowej niedaleko komisu. Potrzebowałyśmy samochodu. Musiałyśmy się stąd jak najszybciej wydostać. Zerknęłam na swoje odbicie w lustrze. Miałam nieco podrapany lewy policzek, ranę na ręce przemyłam i zatrzymałam krwawienie. Umyłam dokładnie twarz i związałam szybkim ruchem ręki włosy. Po Vanessie praktycznie w ogóle nie było widać oznak wypadku. Zdążyła wyjść z pociągu w odpowiedniej chwili.
Położyłam dłonie na umywalce. Westchnęłam.
   -Vanessa…-Mruknęłam spoglądając na przyjaciółkę. Ta zmroziła mnie wzrokiem.
   -Nic nie mów.- Szepnęła.
Zamilkłam.
Jedyne co teraz miałyśmy to moja torebka, w której miałam kosmetyki, telefon i portfel.
Jej nie zostało kompletnie nic.


***   


-Poproszę o pokój dla dwóch osób na jedną noc.- Mruknęłam zmęczonym głosem. Kobieta za ladą podała mi kluczyk i poprosiła o przedpłatę. Dała nam wskazówki, które miały nam pomóc odnaleźć pokój 28. Natychmiast ruszyłyśmy przed siebie. Pokonałyśmy dwadzieścia stopni i znalazłyśmy się na naszym piętrze. Skręciłyśmy w prawo i za pomocą klucza otworzyłyśmy drzwi. Pomieszczenie było niewielkie ale zadbane. W środku znajdowały się drzwi prowadzące do niewielkiej łazienki. Vanessa zaraz po wejściu zrzuciła z siebie kurtkę i poszła wziąć prysznic.
Zamknęłam za sobą drzwi. Jeszcze nigdy nie widziałam jej tak wkurzonej.
Poczułam na swoim ramieniu dotyk. Szybko otworzyłam oczy i starałam się zorientować co się dzieje. Vanessa siedziała na brzegu mojego łóżka w hotelowym szlafroku. Zerknęłam na zegarek na szafce nocnej. Dochodziła druga w nocy.
Musiałam zasnąć podczas czekania na zwolnienie się łazienki.
   -Proszę bardzo, krzycz na mnie.- Powiedziałam siadając na krawędzi łóżka. Dziewczyna wzruszyła ramionami.
   -To nie ma sensu. Nic nie zmieni.- Przeczesałam włosy ręką.- Powiedz mi tylko jedno. Czego ty się do cholery spodziewałaś idąc na taki układ z tym skurwysynem?
Jej wzrok mroził moje serce. Chciałam nią potrząsnąć i obudzić w niej tą dobrą, zawsze wybaczającą mi dziewczynę.
   -Na pewno nie tego…-Jęknęłam.- Nie miałam pojęcia, że przez tak krótki czas James osiągnął tak wiele. Nie wiedziałam, że ma takie układy. Myślałam, że nadal tylko handluje narkotykami w mieście. Vanessa ja…- Dziewczyna uniosła wysoko dłoń w uciszającym geście.
   -Za co dostałyśmy od niego tyle pieniędzy? Jak wiele zgodziłaś się jeszcze zrobić?
   -Pierwszym warunkiem, a jednocześnie sprawdzeniem mojej wiarygodności był przekaz narkotyków. Spisałam się dobrze więc James zapłacił z góry.- Mruknęłam spoglądając na telefon leżący na szafce nocnej.
   -A drugim?- Zapytała z naciskiem.
   -Tego nie wiedziałam. Do wczoraj. Na początku powiedział mi, że ma być to malutka usługa kończąca nasz układ.- Przerwałam. Nessa patrzyła na mnie z wyczekiwaniem.- Chodzi o przemyt. Mamy przewieźć do Meksyku cztery kilogramy kokainy.
Vanessa zamknęła oczy.
   -Odmówiłaś.- To nie było pytanie, tylko stwierdzenie więc milczałam.- Czy ta eksplozja była…
   -Tak. To było pierwsze i ostatnie ostrzeżenie.- Szepnęłam.
Brunetka ukryła twarz w dłoniach.


***   


Wsunęłam telefon pod poduszkę i spojrzałam na twarz przyjaciółki. Spała niezwykle spokojnie. Ułożyłam się na plecach. Skierowałam swój wzrok na biały sufit. Po głowie krążyło mnie ostatnie pytanie, które zadała mi Vanessa.
I co teraz?
Wtedy tylko cicho jęknęłam, że nie mam pojęcia. Jednak w mojej głowie zrodził się już plan. Nie chciałam narażać na niebezpieczeństwo niewinnych, a co dopiero bliskich mi osób. James dobrze znał moich rodziców, jak również rodzinę Nessy.
Miałyśmy trzy opcje:
        1. Wykonać zlecone zadanie. Tym samym chroniąc naszych najbliższych ale narażając siebie. Mamy 50% szans na powodzenie. Rezultat: wyjście z sytuacji i wyrwanie się z koszmaru lub więzienie.
        2. Bezustanne ucieczki. Rezultat: śmierć wielu niewinnych osób
        3. Powrót do domu i błagania o zerwanie umowy ze zwróceniem wszystkich pieniędzy. Rezultat: śmierć i śmiech. Za dużo wiemy.
Zerwałam się ze swojego miejsca i podeszłam do łóżka na którym spała przyjaciółka. Wyrwałam z małego notesiku kartkę, którą szybko zapisałam. Położyłam ją na stoliku nocnym dziewczyny, po czym ją pocałowałam w policzek.
   -Nie martw się... Jutro będzie lepiej.- Szepnęłam i wzięłam do ręki telefon. Po chwili cichutko zamykałam za sobą drzwi.



______
Od Jemi: Powinniście mnie zlinczować. Nie wiem czy ma sens ciągłe przepraszanie. Mogę jedynie upaść przed wami na kolana i błagać o wybaczenie. Mam nadzieję, że nie będziecie się długo gniewać i sam rozdział wynagrodzi wam tak długie czekanie na jego pojawienie się.
Kocham was :)
Akwamaryn, jak ty ze mną wytrzymujesz? ;*

niedziela, 8 grudnia 2013

10.Zostań…



Vanessa

       Siedziałam na łóżku patrząc pustym wzrokiem w ścianę naprzeciwko mnie. Wzięłam kilka głębokich wdechów po czym uśmiechnęłam się do Ethana. Chłopak siedział obok mnie nie mogąc wydusić z siebie ani słowa. Taka cisza trwała dobre kilkanaście minut aż w końcu przerwało ją pukanie do drzwi.
  -Zostań…- odezwał się chłopak dotykając opuszkami palców mojego policzka. W pierwszym momencie pomyślałam, że pójdzie otworzyć, ale on nadal siedział na swoim miejscu i patrzył mi prosto w oczy.
  -Wiesz, że nie mogę…- odparłam rozumiejąc co ma na myśli. Czy to możliwe, żeby pokochać kogoś tak z dnia na dzień? By ledwie po kilku dniach móc powiedzieć, że czuje się coś więcej niż tylko przyjaźń? Przechyliłam głowę czując jak jego dłoń dotyka mojej bladej szyi. Tak pragnęłam by mnie pocałował.
   -Mimo wszystko nie odpuszczę.- powiedział po czym wpił się w moje usta zaciskając oczy. Jego ból i cierpienie było wręcz namacalne i po moich policzkach popłynęła samotna łza. Nie umiałam jednak wyznać Shay prawdy. Wiedziałam jaką nienawiścią darzy chłopaka.
  -Otwórz.- powiedział spuszczając wzrok. Kiedy tylko chłopak oddalił się otarłam policzki i wzięłam głęboki wdech. Rozmowę zagłuszały moje myśli, które kołatały się jak zwariowane po czaszce. W końcu podniosłam się i wymijając Ethana i jakąś dziewczynę ruszyłam w stronę swojego i Shay pokoju. Słyszałam nawoływanie chłopaka, ale nie reagowałam. Chciałam wyjechać. Teraz.
   Shay pakowała właśnie rzeczy do walizki kiedy weszłam do pokoju. Podniosła na chwilę wzrok, posłała mi ciepły uśmiech po czym podeszła i mocno mnie przytuliła. Widziała, że coś mnie boli, ale nie pytała. Za to ją kochałam. Była tu zawsze kiedy ją potrzebowałam i nie ważne czy mnie popierała czy też nie, zawsze mnie rozumiała.


***


    Oddychałam powoli i głęboko próbując zapomnieć o wszystkim co mnie spotkało w tym mieście. Wciąż się łudziłam, że tak jak Shay zapomniała o Seanie tak ja wymarzę z swoich wspomnień Ethana. Ale nie potrafiłam. To co wydarzyło się ostatniego wieczoru przed naszym wyjazdem sprawiło, że zapamiętam go na całe życie. Uratował mnie. A teraz kiedy tylko patrzyłam w lustro i widziałam bliznę na moim brzuchu przychodziły mi na myśl tylko jego słowa.
,,Bez tej blizny byłabyś nieznośnie idealna.’’
 Zacisnęłam mocniej zęby nie pokazać słabości przez Shay. Dziewczyna prowadziła w zamyśleniu. Wiedziałam, że ją również coś trapi, ale nie pytałam. Miałyśmy swoje tajemnice, którymi nawet najlepsze przyjaciółki się nie dzielą.
  -Dokąd jedziemy tym razem?- spytałam. Samochód należał do właściciela hotelu więc podejrzewałam, że jest on tylko tymczasowo nasz.
    -Już jesteśmy na miejscu…- odezwała się dziewczyna zatrzymując auto na parkingu i wyjmując kluczyk z stacyjki. Tu nikt nie zamykał samochodów czy domów. Nikt tu nic nie kradł, ta okolica, pomijając incydent w klubie z moim udziałem, była nader spokojna. Wyszłam na zewnątrz i ujrzałam peron a tuż za nimi tory. Uśmiechnęłam się pod nosem. Cóż za ironię losu. Przez moment myślałam, że naprawdę za mną pojedzie, ale pociąg wszystko wykluczał.
                Zatrzymałam wzrok na wyjściu z przedziału. Tak mnie korciło, by przejść się i choć na chwilę zostać sama, ale wtedy na pewno myśli tylko by wezbrały, a ja nie wytrzymałabym tej presji. Shay kupiła bilety na ostatnią stację, tam miałyśmy znaleźć jakiś hotel. Nie martwiłam się o pieniądze. Za tę kasę, którą dostała od Jamesa mogłyśmy kupić sobie BMW i jeszcze by zostało.
   -Nareszcie nie musimy oglądać tego dupka. Jak można mieć tak przerośnięte ego? Wciąż nie pojmuję, że rozwalił mi auto.- przytaknęłam tylko posyłając przyjaciółce blady uśmiech.
   ,,Zapomnij’’
Odezwał się głos w mojej głowie. Tak będzie najlepiej.
            Przekręciłam się na drugi bok i utkwiłam wzrok w zamkniętych oczach Shay. Dziewczyna spała jak niedźwiedź i nawet gdybyśmy teraz się rozbiły albo pociąg się wykoleił ona nadal by spała.  Cicho zwlekłam się z kozetki i wyszłam z przedziały na korytarz. Był kompletnie wyludniony. Zbliżaliśmy się do ostatniej stacji i miałam nadzieję, że jak najszybciej znajdę się gdzieś gdzie nie będzie mi doskwierał ten uporczywy mróz.
  -Cześć.- odezwałam się do chłopaka stojącego przy jednym z okiem. Na głowie miał kaptur, na nosie ciemne okulary i nie byłam nawet pewna czy usłyszał moje przywitanie. Jego sylwetka była mi chyba dość dobrze znana, ale to buty przykuły moją uwagę. Dobre, markowe i skórzane tylko kazały siebie ukraść. Bałabym się nosić na stopach tyle pieniędzy.
   -Gotowa?- uniosłam jedną brew słysząc głos chłopaka. Wydawał się być ostry jak nóż, który chce mnie poranić.
  -Na co?- nim zdążyłam usłyszeć odpowiedź zobaczyłam w dłoni chłopaka jakieś narzędzie. Był to scyzoryk, niewielkich rozmiarów. Odruchowo dotknęłam swojego brzucha i przeszedł mnie dreszcz rozpaczy. Jak to możliwe, że zapamiętałam tego chłopaka tak dokładnie? Kiedy zrzucił z głowy kaptur i uśmiechnął się uroczo zapragnęłam zwymiotować na niego całe wczorajsze śniadanie. Kątem oka spojrzałam na zegarek. Dochodziło trzecia w nocy. Może mi się to śni?
   -Zabawimy się.- i nim zareagowałam chłopak wcisnął przycisk alarmu. Ludzie zaczęli wybiegać w popłochu, pociąg stanął, a wszyscy w koło popychali mnie. W końcu wpadłam w ramiona chłopaka nie mogąc się z nich wyrwać.- Jak tam brzuch? Nadal taki piękny?- zacisnęłam zęby oddając cios z kolanka w krocze chłopaka, który skulił się.
  -A jak tam twoje jądra? Nadal tak obite?- odgryzłam się po czym wbiegłam do przedziału. Shay znikła. Zaklęłam cicho pod nosem po czym biegiem ruszyłam w stronę wyjścia z wagonu. Już byłam przy klamce kiedy ktoś pochwycił mnie za dłoń a przynajmniej tak mi się wydawało. Obróciłam się ale zobaczyłam tylko czarną bluzę i śnieżnobiały uśmiech. Ten ,,ktoś’’ otworzył mi drzwi po czym zamknął za mną. W tym samym momencie kiedy ja odeszłam na odległość trzydziestu metrów pociąg wyleciał w powietrze.
   A Shay? Jak jej nie było tak jej nie ma. Modliłam się w duchu by opuściła pojazd na czas.


_______
Od Akwamaryn: Jest po prostu paskudny...  Pisałam go bez weny, po kilka zdań i mam dość. Wyszedł krótki i bez sensu. Jedyne czym mogę was pocieszyć to tym, że sama go nie rozumiem i nie wiem co chciałam wprowadzić za akcję, a po drugie kolejny jest Jemi więc zapewne będzie o wiele lepszy :) Przepraszam.